Szła boso, zupełnie nago ulicą pełną ludzi. Był wieczór, zdaje się, bo wokół panował półmrok. Oczywiście, równie dobrze mogła byc godzina czwarta, piąta rano, przecież wtedy Słońce dopiero wstaje i jeszcze nie zdąży dokładnie pokryc swoim światłem miejskiego krajobrazu...Ale skąd, do diabła, o tak wczesnej porze wzieliby się ci wszyscy ludzie? Nie, to na pewno był wieczór. I mgła. Jeszcze jeden szczegół, który przypomni sobie za pięc, może sześc godzin. Gęsta, przyprawiająca o ciarki mgła, z której raz po raz wyłaniały się ludzkie kontury. Dopiero, gdy zbliżali się do siebie, stopniowo i powoli, w idealnie równym tempie, jakby wcześniej zostało to ustalone, dopiero wtedy widziała dokładnie ich twarze. Każda bez wyrazu, podobna do drugiej, wyglądająca na...martwą? Oh, oczywiście, że nie dosłownie ! Martwa, bo spojrzenie było jakieś takie szklane, usta sine, jakby z zimna ( była późna jesień, nic dziwnego), a odcień skóry bardzo jasny, lecz nie promienisty, a całkiem blady. Nie wiedziała o nich absolutnie nic. Żadnego imienia, żadnej wspólnej historii. Mimo to, za każdym razem, gdy spojrzała na któregoś z nich, ogarniały ją bardzo dziwne emocje. Raz strach, zaraz po nim złośc. Smutek, na przemian z radością. Warkocz skrajnych emocji. Nie potrafiła zrozumiec, dlaczego, ale też nie miała takiej potrzeby. Wszystko działo się bardzo szybko, pomimo powolnych kroków. Płynęła przez ten tłum, jakby unoszona na fali mgły, doświadczając uczuc, które często były jej zupełnie dalekie. Wtedy odczuwała ogromny strach, jej oddech przyspieszał, a ciało pokrywały maleńkie kropelki zimnego potu. Bała się wielu emocji, które chcąc nie chcąc, siedziały schowane gdzieś głęboko w niej, tylko czekając na wyzwolenie.
Miała na imię Weronika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz