środa, 24 sierpnia 2011

II. Miala na imię Joanna.

Pierwsze, co usłyszała, to głośny trzask zamykanych drzwi. Zaraz po nim szybki stukot damskich obcasów, w których właścicielka pokonała odległośc trzech, może czterech kroków. Pisk przesuwanego krzesła. Dźwięk zapalanego papierosa. Nawet najmniejszy odgłos dociera hukiem do skacowanej głowy.
- Dzień dobry, księżniczko...Lub raczej dobry wieczór. Przespałaś cały dzień, złotko.
Szum wydychanego dymu.
Miała na sobie czerwoną sukienkę. Jej makijaż, jeszcze wczoraj wywołujący uginanie się męskich kolan, dziś już tylko oszpecał jej młodziutką buzię. Chciała odwrócic się w stronę damskiego głosu, uniosła więc lekko swoje ciało, jednak nie dała rady. Z impetem uderzyła ciężką głową spowrotem w cudownie miękką poduszkę, która zamortyzowała zderzenie. 
- Wyglądasz tragicznie - zaśmiała się kobieta - Zbieraj się, on zaraz wróci.
Podjęła jeszcze jedną próbę. Wsparła się na rękach i osiągnęła pozycję siedzącą. Ramiączko od sukienki zwisało swobodnie na jej ramieniu, odsłaniając lewą pierś. Chciała się odezwac, zapytac, gdzie jest, kim jest siedząca przed nią osoba i przede wszystkim skąd się tutaj wzięła, ale wydała z siebie tylko cichy, ochrypły jęk. Przypomniał się jej dziwny sen, który wciąż jeszcze mieszał się z rzeczywistością i wtedy całkiem straciła poczucie pewności, co się wokół niej dzieje. 
- Napij się, dobrze ci zrobi - usłyszała i posłusznie sięgnęła ręką po płyn w kieliszku po winie, mając nadzieję, że to tylko woda - Masz na imię Weronika, tak?
Skinęła w odpowiedzi głową i wzięła łyk. Cztery, ogromne łyki.
- Wczoraj właśnie tak mi ciebie przedstawił ten facet. Nie wiem, skąd go znasz, ale jest niezły. Jesteście razem?
- Nie - to wszystko, na co było ją stac. 
- To dobrze,  nie wygląda mi na zbyt zaufanego. Ale w tych sprawach...Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeżyłam taki orgazm - zaciągnęła się papierosem, a przez głowę przeleciały jej wspomnienia minionej nocy. - Więcej wody?

Miała na imię Joanna. Po roku depresji, którą dostała w prezencie na ósmą rocznicę ślubu od jej (byłego już) męża, postanowiła szalec tak, jak za czasów swoich nastu lat. Czasów seksu, dragów i rock and rolla. 
Była już trzydziestolenią, dojrzałą kobietą, jednak nic tak nie działa na psychikę, jak złamane serce - niezależnie od wieku. Po dziesięciu latach cudownego związku i ośmiu latach wzorowego małżeństwa, znalazła Pawła w łóżku z koleżanką z pracy. Oczywiście, podobno to wcale nie było tak, jak myślała, a jej oczy przedstawiły jej obraz absolutnie fikcyjny, mimo to kazała mu natychmiast zabierac swoje rzeczy i nie wracac nigdy więcej. Później tego żałowala, bo przecież każdemu zdarza się popełniac błędy, jednak Paweł - jako wzorowy mąż - posłuchał żony i zniknął raz na zawsze. Joanna codziennie po pracy wracała do domu i przepłakiwała całą noc, zastanawiając się, co zrobiła źle. Po miesiącach kalkulacji wyszło jej czarno na białym, że jedynym błędem było to, że nigdy, przenigdy go nie zawiodła. 
Któregoś pięknego dnia postanowiła więc zawieśc cały świat, zaczynając od samej siebie. 


wtorek, 23 sierpnia 2011

I. Miała na imię Weronika.

Szła boso, zupełnie nago ulicą pełną ludzi. Był wieczór, zdaje się, bo wokół panował półmrok. Oczywiście, równie dobrze mogła byc godzina czwarta, piąta rano, przecież wtedy Słońce dopiero wstaje i jeszcze nie zdąży dokładnie pokryc swoim światłem miejskiego krajobrazu...Ale skąd, do diabła, o tak wczesnej porze wzieliby się ci wszyscy ludzie? Nie, to na pewno był wieczór. I mgła. Jeszcze jeden szczegół, który przypomni sobie za pięc, może sześc godzin. Gęsta, przyprawiająca o ciarki mgła, z której raz po raz wyłaniały się ludzkie kontury. Dopiero, gdy zbliżali się do siebie, stopniowo i powoli, w idealnie równym tempie, jakby wcześniej zostało to ustalone, dopiero wtedy widziała dokładnie ich twarze. Każda bez wyrazu, podobna do drugiej, wyglądająca na...martwą? Oh, oczywiście, że nie dosłownie ! Martwa, bo spojrzenie było jakieś takie szklane, usta sine, jakby z zimna ( była późna jesień, nic dziwnego), a odcień skóry bardzo jasny, lecz nie promienisty, a całkiem blady. Nie wiedziała o nich absolutnie nic. Żadnego imienia, żadnej wspólnej historii. Mimo to, za każdym razem, gdy spojrzała na któregoś z nich, ogarniały ją bardzo dziwne emocje. Raz strach, zaraz po nim złośc. Smutek, na przemian z radością. Warkocz skrajnych emocji. Nie potrafiła zrozumiec, dlaczego, ale też nie miała takiej potrzeby. Wszystko działo się bardzo szybko, pomimo powolnych kroków. Płynęła przez ten tłum, jakby unoszona na fali mgły, doświadczając uczuc, które często były jej zupełnie dalekie. Wtedy odczuwała ogromny strach, jej oddech przyspieszał, a ciało pokrywały maleńkie kropelki zimnego potu. Bała się wielu emocji, które chcąc nie chcąc, siedziały schowane gdzieś głęboko w niej, tylko czekając na  wyzwolenie.
Miała na imię Weronika.